Horror jest gatunkiem filmowym, traktowanym przez większość widzów na całym świecie w sposób niezwykle wręcz stereotypowy. Filmom z tego gatunku zarzuca się w największym stopniu przede wszystkim ogromną prymitywność i dążenie do wywołania u widza przerażenia najtańszym możliwym kosztem – w większości przypadków polega to po prostu na tym, że coś pojawia się mu przed oczami, a on po prostu musi się odruchowo lekko zaniepokoić. Oczywiście istnieje grono osób, które lubią swoje uczucie strachu i potrafią czerpać z takich filmów rozrywkę i perwersyjną wręcz przyjemność, ale nie zmienia to faktu, że kino grozy jest w ostatnich latach w najlepszym razie w opłakanym stanie i szczytem jego możliwości jest produkcja seryjna kolejnych części Paranormal Activity lub Rekinada. Może i jest to trochę przykre, ale producenci tego typu filmów ewidentnie nie mają w tej kwestii jakichkolwiek skrupułów.

Inna sprawa, że pewna specyficzna głupota jest wręcz wpisana w kanon gatunku i trudno jest się jej pozbyć. Filmowa bohaterka, obudzona w środku nocy hałasem ewidentnie nienaturalnego pochodzenia, nie zadzwoni na policję jak każdy rozsądny człowiek, lecz postanowi osobiście zbadać źródło dziwnych dźwięków – najczęściej robi to ze skutkiem śmiertelnym. Śmiejemy się z tego, bagatelizujemy, ale akcja jakoś zawiązać się musi. Właśnie – czy musi, czy może jednak takie status quo wynika przede wszystkim z lenistwa twórców? Jestem w stanie z całkowitą pewnością stwierdzić, że problemem jest ta druga kwestia. Omińmy więc pierwsze frazy, które wyskakują w wyszukiwarce internetowej po wpisaniu „jakie polecacie horrory” i zejdźmy niżej, do kina bardziej niszowego i nierzadko o wiele bardziej ambitnego.

Wbrew pozorom, u korzeni gatunku wcale nie znajdziemy przede wszystkim tworów takich jak „Teksańska masakra piłą mechaniczną” czy „Noc żywych trupów”, które oczywiście są dobre, ale trzeba ostro polemizować w kwestii nazwania ich w jakimkolwiek stopniu ambitnymi. U korzeni gatunku znajduje się przede wszystkim niemiecki film z 1922 pod tytułem „Nosferatu – Symfonia Grozy”. Film ten nawet dziś jest wart obejrzenia, choć z oczywistych względów należy przyznać, że odrobinę się zestarzał. Nawet jeśli nie wystraszy tak, jak powinien, to zapoznanie się z klasyką kina leży w obowiązku każdego szanującego się kinomana. To jednak można potraktować jako ciekawostkę – prawdziwie interesującym filmem jest bezsprzecznie remake wspomnianego klasyka z 1979 roku pod tytułem „Nosferatu wampir”. Werner Herzog zdołał z postaci tytułowego wampira uczynić ikoniczną wręcz postać. To jest nie tyle horror, co bolesny traktat o samotności i tym, jak bardzo jest w stanie ona wyniszczać ludzkie serce. Temu ekranowemu potworowi nie sposób nie współczuć – i to jest fenomenem, bo widząc inne filmowe stwory czujemy zazwyczaj albo strach, albo zażenowanie, gdy charakteryzacja odrobinę zawodzi.

Rok po niezwykłej produkcji Wernera Herzoga do kin trafił film innego filmowego wirtuoza – Stanley’a Kubricka. Jego produkcja nosiła tytuł „Lśnienie” i bazowała na powieści Stephena Kinga o tym samym tytule. Ów pisarz jest o tyle specyficzny, że licencje na ekranizowanie jego twórczości sprzedaje dosłownie jak szalony – problem polega na tym, że mało który reżyser potrafi udźwignąć ciężar wiarygodnego i rozsądnego przedstawienia zamierzonej przez Kinga wizji. Czy Kubrickowi ta sztuka się udała? Bardzo trudno jest to jednoznacznie stwierdzić – do tego stopnia, że nawet sam pisarz jasno stwierdził, że nie. Zrobił to jednak z prostego powodu – Kubrick inaczej rozłożył akcenty i namieszał trochę w historii, tworząc coś własnego. To horror, który straszy w bardzo nietypowy sposób: dąży nie tyle do faktycznego wystraszenia, co wywołania całkowitej paranoi u widza poprzez ukazywanie nietypowych, nadnaturalnych scen. Należy tu też oczywiście dodać, że w tym filmie Jack Nicholson wspina się na absolutne wyżyny aktorstwa i tworzy postać prawdziwie nieobliczalną i przerażającą – i to naprawdę robi ogromne wrażenie. Ciekawostką jest, że grający kilkuletniego chłopca Danny Lloyd również poradził sobie naprawdę świetnie – do tego stopnia, że wielu widzów po dziś dzień żałuje, że na tym filmie w zasadzie zakończyła się jego aktorska kariera.

To zaledwie dwa tytuły spośród wielu – celem powyższych rozważań jest przede wszystkim wskazanie, że ambitne horrory jak najbardziej istnieją, ba, nawet niekoniecznie muszą być niszowe. Wydaje się też, że trend w światowym kinie grozy powolutku się odwraca i premiowane stają się filmy o bardziej złożonej fabule. Można z powodzeniem założyć, że nadchodzi prawdziwy renesans gatunku.

[Głosów:0    Średnia:0/5]

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here